Wywiad z minimalistą: Konrad Mielcarek.

Dziś drugi wywiad na moim blogu, a tym razem goszczę Konrada Mielcarka, twórcę blogów "Chrześcijański minimalizm", oraz "Droga do prostego życia". Ten pierwszy regularnie czytam, gdyż wpisuje się w moje wartości w stu procentach, natomiast ten drugi był jednym z pierwszych blogów które zapoczątkowały moją przygodę z minimalizmem. Zapraszam do zapoznania się z bardzo ciekawymi moim zdaniem wypowiedziami Konrada!

  • Co jest Twoim źródłem inspiracji w kwestii minimalizmu i upraszczania życia? 

Zakładając blog Droga do prostego życia inspirowałem się ruchem dobrowolnej prostoty – Voluntary Simplicity, który odkryłem już kilkanaście lat temu na stronach angielskojęzycznych. W polskiej blogosferze ta tematyka była kompletnie nieznana. Dopiero z czasem pojawiły się blogi minimalistyczne. Mi bliżej było do dobrowolnej prostoty jako idei osiągnięcia pewnej równowagi w wielu aspektach życia, nie tylko w kwestii posiadania rzeczy. 

Inspirację bezpośrednią czerpałem z książki Your Money or Your Life, a także – na gruncie filozoficznym – autorytetem był dla mnie Henry D. Thoreau. Jako osoba wierząca w Boga (jestem katolikiem) zauważyłem wiele punktów stycznych pomiędzy dobrowolną prostotą i ubóstwem będącym jedną z tzw. cnót kardynalnych. Okazało się, że Biblia może być kopalnią motywacji do upraszczania i porządkowania życia. Poszukiwanie głębszej duchowej inspiracji w religii katolickiej wiązało się, ku mojemu pewnemu zdziwieniu, ze sprzeciwem niektórych czytelników Drogi i zazwyczaj jałowymi dyskusjami o kościele. Ciekawe, że chętnie źródeł minimalizmu poszukuje się w religiach Wschodu (np. w buddyzmie zen), natomiast niechętnie korzystamy z tego, co mamy na wyciągnięcie ręki w naszej kulturze. Dlatego od pewnego czasu stworzyłem blog Chrześcijański minimalizm, aby zrobić przestrzeń - zarówno dla własnych poszukiwań, jak i dla osób zainteresowanych chrześcijańskimi korzeniami prostego życia.

  • Czy religia pomaga rozwijać się w duchu minimalizmu?

Dla mnie jako chrześcijanina i katolika synteza wiary i minimalizmu okazała się niezwykle płodna – zarówno na poziomie tekstów i bohaterów biblijnych, jak i życiorysów świętych, którzy wybrali życie w ubóstwie. Przykładowo w modlitwie Ojcze nasz modlimy się "chleba powszedniego daj nam dzisiaj". Chleba powszedniego, a więc czegoś, co zaspokoi nasze elementarne potrzeby. Chrześcijanin odmawiając Ojcze nasz modli się nie o bogactwo i powodzenie, lecz o „chleb powszedni”, a więc coś podstawowego, a zarazem niewyszukanego. Jak powiedziałem wyżej, prostota to dla mnie równowaga. Znaczenie tej równowagi w posiadaniu dóbr dobrze oddaje modlitwa zapisana w Księdze Przysłów: „…nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty nie stał się niewiernym, nie rzekł: A któż jest Pan? lub z biedy nie począł kraść i imię mego Boga znieważać.” 

Oczywiście wiara to przede wszystkim budowanie relacji z Bogiem. Dominująca kultura konsumpcjonizmu przekonuje, że możemy osiągnąć szczęście na własną rękę - otaczając się dobrobytem, czerpiąc radość z rzeczy i ekstatycznych wrażeń. Biblia z kolei uczy, że nie możemy służyć Bogu i Mamonie. Zwróć uwagę, że mamona jest napisana z dużej litery, gdyż jest traktowana jako bożek, który ma konkretne imię. Obecny świat tkwi w ułudzie samowystarczalności, tymczasem sukces na miarę pełnej lodówki i szafy daje nam bardzo kruche oparcie, jeśli chodzi o poszukiwanie trwałego szczęścia i sensu w życiu. Podążając drogą upraszczania życia, także w sferze posiadania, szybko stwierdziłem, że idea minimalizmu może okazać się równie złudna jak nieumiarkowana konsumpcja, o ile nie przenosi nas w głąb tego, co rzeczywiście wartościowe. I tutaj z pomocą przychodzi znowu chrześcijaństwo, które nigdy nie traktowało ubóstwa jako celu, lecz jako środek, by lepiej służyć Bogu i potrzebującym. Papież Franciszek niedawno powiedział, że są dwa bogactwa, które nigdy nie znikną w naszym życiu: Pan i bliźni. To największe dobra, które trzeba umiłować. Wszystko inne - niebo, ziemia, najpiękniejsze rzeczy – przemija. Mając uporządkowany stosunek do rzeczy, życia zawodowego mogę skupić się na tym, co ma prawdziwą wartość – to zawsze będzie związane z jakąś formą służby, ofiary. Zdaję sobie jednak sprawę, że te słowa są dzisiaj mało popularne. Dla mnie i Żony to bycie zaangażowanymi na 100% rodzicami pięciorga naszych dzieci. Dzięki dobrowolnej prostocie świadomie ograniczyliśmy zakorzeniony gdzieś głęboko pęd za dobrobytem, który w dzisiejszych warunkach często przedstawia się jako warunek szczęśliwego życia, co jest głębokim nieporozumieniem. Chrześcijański minimalizm uczy nas także poprzestawania na tym co niezbędne, aby wygospodarowanymi środkami wspierać nie banki i różne polisy, lecz działalność Kościoła, zarówno tą misyjną, jak i charytatywną, która wymaga naszego zaangażowania. To może być (i dla nas długo była) decyzja dawania dziesięciny lub przeznaczanie większej niż dotychczas kwot na tzw. tacę. Temat ten rozwijam szczegółowo na blogu.

  • Co zrobić, by chrzty, I Komunia i śluby przestały być rajem konsumpcjonizmu, a zwróciły się do źródeł (czyli do przeżywania sakramentów w duchu wiary?) - [tu wyjaśnię: jestem praktykującym katolikiem i strasznie martwi mnie to, że z ważnych dla chrześcijan sakramentów robi się trochę targowisko i folklor, a co najgorsze - robimy to sami! Chciałbym tu uzyskać Twoją radę, w jaki sposób można przekonać bliskich i nie tylko, że warto koncentrować się na wartości Sakramentów samych w sobie, bez kolorowej, marketingowej otoczki]

Z jednej strony wydarzenia, które wspomniałeś, domagają się szczególnej oprawy – są przecież wyjątkowe. Nie chodzi o to, aby pomijać ich aspekt materialny. Zdaję sobie jednak sprawę, że rynek próbuje zawłaszczyć przestrzeń duchową i wykorzystać ją do nabijania kasy. Niestety, akcentowanie materialnej strony wydarzeń duchowych, takich jak wymienione przez ciebie sakramenty, ale także Boże Narodzenie czy Wielkanoc, wynika przede wszystkim z niedojrzałości naszej wiary, a może braku żywego kontaktu z Bogiem. Święta stają się przede wszystkim pustymi obrzędami i folklorem. Trzeba zatem zacząć od własnego nawrócenia. Ale w ramach upraszczania życia dostrzegliśmy jak wiele można i trzeba zmienić w tej sferze. Przede wszystkim nasze uroczystości są skromne – obchodzimy je w wąskim gronie (dziadkowie, chrzestni), bez wynajmowania sali, spraszania licznej rodziny. Nasze dzieci przystępują do tzw. wczesnej I Komunii Świętej – a więc indywidualnie, bez rocznikowego, pospolitego ruszenia, które nakręca spiralę oczekiwań. Przekonaliśmy rodzinę do prezentów wyłącznie duchowych typu medalik, ikona, figurka, dobra, duchowa lektura. Bez pieniędzy i prezentów materialnych. Staramy się podkreślać wymiar duchowy świąt – bywało, że na Boże Narodzenie kupione prezenty dawaliśmy sobie pierwszego dnia Świąt po mszy, a podczas wigilii tylko te własnoręcznie zrobione przez rodziców i dzieci. Wiemy, że ważniejsze od materialnych przygotowań jest przede wszystkim przygotowanie duchowe – dlatego też bardzo świadomie przeżywamy okres Adwentu czy Wielkiego Postu. Staramy się zaszczepić w dzieciach nawyk dzielenia otrzymanych pieniędzy na trzy części – najpierw dzieci odkładają dziesięcinę, potem część na oszczędzanie, a dopiero koleją część przeznaczają na własne, bieżące potrzeby. Staramy się także wykorzystywać sytuacje, jakie przynosi życie, do dzielenia się z potrzebującymi. Dzieci często hojnie reagują na różnego rodzaju zbiórki zabawek czy żywności. 

  • Jak chrześcijański minimalizm wpływa na relacje z ludźmi (rodziną, przyjaciółmi, ale też z kompletnie obcymi ludźmi)

Może nie tyle sam chrześcijański minimalizm, co dobrowolna prostota, którą staramy się żyć w naszej rodzinie, z pewnością miała - i ma nadal - wpływ na jakość naszych relacji. Z punktu widzenia najbliższej rodziny, dzieci – decydując się na prostotę zyskaliśmy więcej czasu dla siebie. Ja zrezygnowałem z dodatkowego etatu, Żona zajęła się domem i nie pracuje zawodowo. Było to możliwe dzięki wyborowi prostszych, skromniejszych warunków życia. To często konkret: np. wakacje spędzamy tylko w Polsce, obywamy się bez wielu przedmiotów, kupujemy rzeczy używane, wymieniamy się nimi ze znajomymi. Płynnie przeszliśmy do znajomych i sąsiadów. Dobrowolna prostota odbudowuje relacje z naszym otoczeniem. Tworzymy kręgi wymiany, szukamy innych sposób zaspokajania potrzeb niż kupowanie rzeczy gotowych w supermarkecie. Jest także wiele sposób spędzania wolnego czasu i rozrywki, których nie musimy kupować za pieniądze. A jak prostota wpływa na relacje z obcymi ludźmi? – jesteśmy otwarci na to, by dzielić się naszym doświadczeniem (choćby w naszej rozmowie). To rodzaj naszej misji. Prowadząc blog poznałem wielu ludzi, z niektórymi miałem okazję spotkać się osobiście. Czasem tak szeroki krąg czytelników pozwalał pomóc w sposób konkretny innymi osobom, np. wspólnie pomagaliśmy stanąć na nogi rodzinie, której spłonął dom. Ja z kolei otrzymałem od kogoś rower, gdy skradziono mój własny. Czasem będzie to spotkanie na rozmowę z rodziną, która zamierza edukować w domu swoje dzieci, czasem wysłanie paczki z ubraniami i lekami rodzinie, która odważyła się podzielić z nami swoimi kłopotami. Staramy się pokazywać, że to nie pieniądze gwarantują nam poczucie bezpieczeństwa, lecz to przede wszystkim dobre relacje z innymi są jego gwarancją.
  • Czy każdy może nauczyć się prostego życia?

Tak, myślę, że powrót do prostych, naturalnych warunków życia jest możliwy dla każdego. To po prostu sposób życia, do jakiego zostaliśmy stworzeni. Podskórnie czujemy, że życie pod kieratem sukcesu materialnego czy zawodowego nie przynosi w dłuższej perspektywie korzystnych rezultatów. Jesteśmy zadłużeni, zabiegani, przemęczeni nieustannym pędem, osamotnieni wokół wszystkich tych przedmiotów zazdrośnie strzeżonych w mieszkaniach i domach, którymi nie mamy czasu się cieszyć i których często nie mamy z kim dzielić. Jednak dostrzegam coraz więcej ludzi, którzy mają odwagę iść pod prąd przekonaniom, że dobre życie wymaga najpierw zgromadzenia majątku. Okazuje się, że posiadając mniej w rzeczywistości zyskujemy więcej: mamy czas na bycie ze sobą i z innymi, odbudowują się relacje, zyskuje nasz portfel i nasze zdrowie. Możemy być pionierami nowego życia. Ostatnio wybrałem się z rodziną na tydzień w Pieniny. Cały dobytek z konieczności ograniczony do kilku plecaków, prosty sposób odżywiania się wymuszony okolicznościami, czas spędzony bez komputera i codziennych rozpraszaczy, skupiony na wspólnej wędrówce i podziwianiu przyrody ponownie uświadomiły mi po powrocie, że warto to doświadczenie rozciągnąć na naszą codzienność: zmniejszyć liczbę zaangażowań, odgracić ponownie mieszkanie obrastające w przedmioty, których nie potrzebujemy (bezcenne wyprzedaże garażowe!), zmniejszyć ilość informacji napływających z wirtualnego świata (może zlikwidować fejsbuka?), zadbać o aktywny wypoczynek i więcej wspólnego czasu. Prostego życia nie można się bowiem „nauczyć”. To nigdy nie jest zakończony proces, lecz to sposób na życie, który należy świadomie pielęgnować i do którego trzeba nam nieustannie powracać. Pytać siebie, na ile otaczający świat dyktuje mi moje pragnienia, a na ile są one moje własne. Czego oczekuję od życia.


  • Która historycznych postaci związana z chrześcijaństwem (poza Jezusem Chrystusem) jest Ci bliska?? 

Takich postaci jest bardzo wiele. Szczególnie bliscy są mi święci Karmelu, a zwłaszcza Mała Tereska i św. Jan od Krzyża. Ich postawa pokazuje, że tak naprawdę idziemy do Boga z pustymi rękami. W stosunku do dóbr duchowych często popełniamy bowiem te same błędy, co w przypadku dóbr materialnych. Wydaje nam się, że im więcej ich posiadamy, tym bardziej my sami i nasza wiara są więcej "warte". Zaczynamy polegać na sobie i naszych "pełnych spichlerzach". Inni święci to np. św. Ignacy Loyola, który nie gloryfikuje ani bogactwa, ani ubóstwa, wskazując raczej na konieczność rozeznania i zachowania obojętności wobec tego, co nie prowadzi mnie bezpośrednio do służby Bogu, ale też nie jest tej służbie przeciwne. Jest i św. Faustyna Kowalska, która wymienia 4 stopnie ubóstwa: unikać zbytku, przestawać na rzeczach koniecznych, chętnie skłaniać się do rzeczy najlichszych, i to z wewnętrznym zadowoleniem, cieszyć się z niedostatku. Św. Alfons Maria de Liguori mówi, by wystarczały nam sam Bóg oraz te dobra, którymi On nas obdarza. Cnota ubóstwa – mówi z kolei św. Bernard - nie polega na byciu ubogim, ale na umiłowaniu ubóstwa. 

Z przykładów bardziej współczesnych: Matka Teresa z Kalkuty otrzymała kiedyś w USA jako dar dla zgromadzenia dom i kaplicę. Pierwsze co zrobiła, to kazała ją opróżnić z ławek, dywanu i wszystkiego, co oznaczałoby choć trochę materialnego komfortu (kazała także zakręcić ciepłą wodę w kranach). Nowy papież Franciszek zachwycał świat tym, że jeszcze jako kardynał na msze jeździł rowerem, mieszkał bardzo skromnie i sam sobie gotował. Siostra Małgorzata Chmielewska niezmordowanie głosi, że nasze dobra materialne są tylko zadaniem. Taka jest wizja chrześcijańska. Nie mamy tego na wieczność, tylko zostało nam to zadane. Nie tak dawno natknąłem się na doskonałą książkę Bogactwo ubóstwa, napisaną przez siostrę Emmanuelle (1908-2008), która 22 lata spędziła w slumsach Kairu. W drugiej części książki opisuje ona swoją "drabinę do osiągnięcia szczęścia", utrzymując, że można być szczęśliwym i mieć się dobrze, będąc ubogim. Jak widzisz takich postaci związanych z chrześcijaństwem, żyjących dobrowolną prostotą, czy też ubóstwem, jest bardzo wiele. Wiele też możemy się od nich uczyć, dlatego na moim blogu staram się prezentować ich myśli i sposób życia. Mam nadzieję, że będą dla mnie i czytelników dobrym przykładem.


Dziękuję serdecznie Konradowi za udzielenie wywiadu, oraz zachęcam do zapoznania się ze stronami, nad którymi Konrad ma pieczę:




zBLOGowani.pl

Popularne posty